Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

 

ŻABIE BŁOTA

 

 


Odnośniki


 Strona główna
 Galeria
 - wnuczęta
    - jozio 4 dnia
    - jozio po miesiącu
 - konie
    - zrebaki majówka +
    - "sanna"
    - hubertus 2005
    - kucyk ;)
    - hubal
 - schronisko
    - "skąd ten pomysł"
 Linki
 -
Tygger
 - entre.pl
 - konie, handel końmi
 - ekologia
 


Ewa Karen Giebułtowicz
Poniższy tekst napisałam na prośbę "Hodowcy i Jeźdźca" i ukazał się częściowo
w nr 2/2003 pod, nadanym przez Redakcję, tytułem: "Sen spracowanych koni"

"Pierwsze miejsce, jakie dobrze pamiętam to ogromna, piękna łąka. Był tam staw, pełen czystej wody, nad nim pochylało się kilka dających cień drzew zaś w jego głębszym końcu rosło sitowie i wodne lilie. Z jednej strony widzieliśmy ponad żywopłotem uprawne pole a drugiej strony, za bramą, dom naszego pana stojący przy drodze. Na wzgórzu był lasek jodłowy a niżej, podmywając stromy brzeg, wił się żwawy strumyk."*
Tak zaczyna się najsłynniejsza w angielskiej literaturze autobiografia konia: "Black Beauty" Anny Sewell.
Miałam 8 lat, gdy mój Tato zawiózł mnie pod Warszawę do stajni rtm. Tadeusza Jacobsona. Byłam zapłakana i zła, bo Tato chcąc mi zrobić niespodziankę nie powiedział gdzie jedziemy a ja byłam przekonana, że na wieś, gdzie u znajomych wolno mi było jeździć na oklep po podwórzu na spokojnej, starej Daszce.
Kiedy zobaczyłam konie w stajni natychmiast się uspokoiłam a widok koni i jeźdźców wracających z przejażdżki wprawił mnie w zachwyt. Do tego posadzono mnie na prawdziwego, dużego, osiodłanego konia i przez godzinę jeździłam na lonży. Wypytywałam się o wszystkie konie, ich rasy, imiona, wiek. Wtedy dowiedziałam się, ze stojąca w boksie folblutka naprawdę ma na imię Pilotka, ale właściciele nazywają do Biutka, właśnie od "Black Beauty".
Właściwie konie były w moim życiu od zawsze. Moja Mama podejrzewała nawet, że pewna amazonka jeszcze przed moim urodzeniem rzuciła na mnie urok. Tato opowiadał, jak ucieszył się, na widok mnie pchającej wózek dla lalek. Mina mu zrzedła, gdy zamiast lalek zobaczył troskliwie opatulone kołderką koniki.
Moja starsza siostra w czasie wojny, we Lwowie, wyrywała się Mamie i ku jej przerażeniu gnała do napotkanych na ulicy esesmańskich psów. Z kolei ja wyrywałam się do każdego napotkanego konia.
Na początku lat pięćdziesiątych w Warszawie było jeszcze dużo koni. Mieszkałam w Śródmieściu, przy placu Zbawiciela i niedaleko był bazar na Polnej. Stało tam zawsze kilkadziesiąt wozów. Na moim podwórzu były ruiny z czasów wojny, cegłę z nich wywożono konnymi wozami. Kiedy rozbierano piwnice, konie musiały wyciągać wozy pod górę; jeden z wozaków zaczął strasznie bić konia. Cala gromada dzieci pobiegliśmy po milicjanta (a nie wolno nam było wychodzić z podwórza). Wozak gdzieś zniknął a konia wyprzęgnięto i zabrano.
Po drugiej stronie ulicy był (chyba jest do dzisiaj) duży sklep meblowy a na niezabudowanym placyku, zaraz przy ścianie kamienicy stały platformy, którymi rozwożono meble. Na podwórzu był kran, jak wyrzucałam śmiecie płukałam wiadro i nosiłam tym koniom wodę.
Natomiast moje marzenie - konie do jazdy - właściwie nie istniały. Były sportowe konie na Legii, była Gwardia KBW i przy PTWK na Służewcu stajnia prowadzona przez mjr. Roycewicza. Właściwie wszystko. Jazda konna i tenis na równi były źle widziane przez ówczesne władze.
Kiedy mowie o tym studentom przyjeżdżającym na praktyki do mojego gospodarstwa, słuchają z niedowierzaniem.
Jednym, jedynym prywatnym klubem i miejscem gdzie mogło jeździć dziecko - jakbyśmy teraz powiedzieli: rekreacyjnie - to była stajnia Rotmistrza. Na szczęście udało mi się tam trafić. Na początku stajnia była przy warszawskim Ogrodzie Zoologicznym. Ogród kupował konie na mięso dla drapieżników. Wśród przyprowadzanych trafiały się wierzchowce zagubione i zniszczone w wojennej zawierusze. Odkarmione, znowu zaczęły chodzić pod siodłem. To się władzom nie podobało - wspaniale pokazuje to film Krzysztofa Zanussiego "Cwał". Konie nie mogły nigdzie na dłużej zagrzać miejsca. Ja sama pamiętam cztery różne stajnie, wracałam z wakacji a konie już były w nowym miejscu. Stosunkowo najdłuższym i najstabilniejszym okresem było sześć lat w Jabłonnej. Konie stały w zrujnowanej stajni w zdziczałym parku otaczającym pałac księcia Józefa Poniatowskiego.
Teraz widzę, że utrzymanie koni graniczyło z cudem. Kilka koni miało właścicieli płacących cześć kosztów utrzymania. Godzina jazdy kosztowała 30 zł a metr owsa 300 zł. Nie było wielu chętnych do nauki, ja byłam właściwie jedynym małym dzieckiem stale jeżdżącym i mam wrażenie, że nie bardzo było wiadomo, co ze mną zrobić. Oczywiście jeździłam na lonży, ale też z "dorosłymi" w teren. Wtedy dosiadałam starego siwego Figlarza. Rotmistrz osobiście pilnował żebym go doczyściła "do białości", było to raczej niewykonalne, ale starałam się jak mogłam. Figlarz znał przynajmniej setkę sposobów, żeby uprzykrzyć jeźdźcowi życie. W terenie stare wygi jechały przodem, nie oglądając się na nienadążajacego Figlarza, za to za mną jechał Rotmistrz i cały czas wytykał popełniane błędy.
Pewnego dnia zanieśliśmy z bratem gazety do skupu makulatury. Cale 70 kg! Dostaliśmy 70 zł do podziału. Ja swoja cześć przeznaczyłam oczywiście na jazdę konna. Kiedy pochwaliłam się w stajni, ze dzisiaj jeżdżę za własne pieniądze, p. Krystyna Topiłko, która była prawa ręką Rotmistrza i prowadziła jazdy, nie dość, że dała mi na jazdę Sułtana, który w moich oczach stał o niebo wyżej od Figlarza, to jeszcze przedłużyła mi lekcje przynajmniej o pól godziny. Strasznie byłam z siebie dumna.
Mój Tato pracował bardzo dużo, po przyjściu z redakcji siadał w swoim pokoju do maszyny i pisał do późna w nocy. Nie można było mu przeszkadzać; moje starsze rodzeństwo, gdy miało jakąś nagłą sprawę do niego, to wysyłało mnie. Ja wchodziłam cichutko do pokoju i najpierw szłam do okna - niby, że chcę popatrzeć na termometr - a potem dopiero stawałam koło biurka i czekałam aż Tato skończy pisać zdanie i zapyta mnie, o co chodzi. Będąc tak zajęty znajdował czas, żeby dwa razy w tygodniu zawieźć mnie do koni, dopóki nie podrosłam na tyle, żeby jeździć sama.
Tato był z wykształcenia prawnikiem i dyplomatą. Uważał, ze dzieci wychowuje się przykładem, każdą pracę należy szanować i wykonywać najlepiej jak się potrafi. W czasie wojny pracował u szewca i później sam zelował buty. Pamiętam jak raz Rodzice szli na przyjęcie, Tato już ubrany w smoking nagle stwierdził, że buty są nie całkiem doskonałe, zdjął wiec smoking, ściągnął z pawlacza pudło z przyborami szewskimi i zaczął reperować obcasy. Ta scena staje mi przed oczami ile razy sama coś szyję używając wciąż tych samych narzędzi.
Moim domowym obowiązkiem było umycie łazienki i kuchni raz na tydzień. Kiedy już sama jeździłam do Jabłonnej, wstawałam o piątej rano w niedziele, żeby do siódmej posprzątać i być w stajni na ósmą. W tygodniu oczywiście nie można mnie było dobudzić do szkoły i Mama mi to do dzisiaj wypomina.
Do stajni Rotmistrza trafiały bardzo różne konie. Były folbluty i angloaraby wybrakowane z toru, jak Big Indian, Biutka, Cefal, były konie z przeszłością w wozie, jak Donia i Sułtan, albo z rozpaczliwie zniszczonymi kopytami, jak Etoile i Chalcedon. Tylko jedynie srokaty Wacek był kupiony na aukcji w Łącku przez amerykańską właścicielkę.
Rotmistrz sam rozczyszczał koniom kopyta i doszedł w tej materii do perfekcji. Powiedziałabym, że on ich nie rozczyszczał - on je cyzelował. W rezultacie nawet biedna Etolie zaczęła normalnie chodzić. Do trzymania nóg koniom Rotmistrz preferował dziewczyny, mówił, ze "baba jęczy, ale trzyma a chłopak puści jak się zmęczy". Wtedy na to narzekałam a teraz dziękuję, bo gdzie ja bym się tego nauczyła? Widziałam nie tylko jak kopyto było korygowane, ale jak się zmieniało i poprawiało.
Pałac w Jabłonnej należał do Polskiej Akademii Nauk, przy nim był Klub Dyplomatyczny i jakimś cudem, za poparciem jeżdżących konno ambasadorów przycupnęła tam stajnia. Oficjalnie na pieczątce stało: Sekcja Jeździecka PLL "Lot", przy Klubie Dyplomatycznym, Pałac PAN, Jabłonna. Budynek stajni, pamiętający księcia Poniatowskiego, był w straszliwym stanie, pierwszej zimy w stajni było tak samo zimno jak na dworze a wtedy zamknięto szkoły z powodu mrozu. Zaczęło jednak jeździć coraz więcej dorosłych i sporo młodzieży. Wspominam okres stajni w Jabłonnej dość szczegółowo, ale to właśnie wtedy nauczyłam się najwięcej, to był grunt, na którym mogłam bazować.
Konie pracowały nierówno - zima prawie nikogo na jazdę, a w pogodne cieple dni tłum chętnych. Konie chodziły po osiem godzin, ale utrzymywały kondycje i przez te kilka lat nie pamiętam, żeby któryś z nich był odparzony pod siodłem lub obtarty od popręgu a kulawizny też, oprócz jednego razu, nie pamiętam. Każdy koń miał swoje dopasowane siodło i ogłowie a i tak było sprawdzane siodłanie, popręg, wszystkie sprzączki i szlufki przy ogłowiu.
Na sobie samej z kolei sprawdziłam, że jeździec musi się bardziej bać instruktora niż konia, na którym siedzi. Strasznie podobał mi się Cefal - francuski angloarab rodem z Ochab - ciemnogniady, bez odmian (do dzisiaj lubię takie konie), szalenie łagodny, ale strasznie płochliwy. Kiedyś chodził gonitwy płotowe, więc jak się wystraszył to gnał bez opamiętania. To był koń dla takich trochę lepszych jeźdźców a ja strasznie chciałam na nim jeździć. W końcu mi pozwolono na nim pojeździć. Wielce uradowana jadę sobie dróżką koło płotu i patrzę jak właścicielka Biutki, Marysia hrabianka Sierakowska w różowych dessous siedzi na dachu stajni i szarpie się z podrdzewiałą blachą. Ja zostałam, Cefal uciekł. Wiedziałam, że jak jeszcze raz spadnę to już go więcej nie dostanę. Oczywiście spadlam jeszcze kilka razy, ale w krzakach i tak szybko się gramoliłam z powrotem, ze nikt się nie dowiedział. Aż na przedwiośniu jadąc całą grupą w teren przejeżdżaliśmy przez szosę. Ja na Cefciu ostatnia. Jakiś samochód zatrąbił i w mgnieniu oka byłam w połowie ornego pola. Ryk, jaki wydobył z siebie Rotmistrz ogłuszyłby pułk kawalerii: Urwiesz konia!!! Stój!!! Resztę spaceru przejechałam jako druga, bez przerwy op...na, że za blisko podjeżdżam. I wtedy się z Cefalem dogadałam. Wcześniej niż on wiedziałam, że ma zamiar przestraszyć się i wystartować. Łydki i zagadać go! - Ależ ty jesteś odważny, popatrz tam się ptaszek kąpie! I nie było sprawy.
Prawie w każdej stajni można zarobić na jazdy praca przy obsłudze koni, mi się trafiła prawdziwa gratka: darmowe jazdy w zamian prowadzenia przejażdżek po parku - ja jechałam pierwsza a za mną dwa - trzy konie a na nich raczej słabi jeźdźcy, ale za to bardzo ważni: dyplomaci, artyści, naukowcy. Należało tak z nimi jeździć, żeby nikt nie spadł i się nie potłukł, konie się nie zmęczyły, (bo czasem było i 8 godzin takiej jazdy), jeźdźcy byli zadowoleni i, Broń Boże, nie mieli wrażenia, że kręcą się w kółko po parku, ale że jadą gdzieś w daleki i nieznany teren. Raz podpadłam straszliwie: zaczął jeździć znany aktor, p. Ignacy Gogolewski. Póki jeździł na Etoile, która nosiła siodło oficerskie i była oazą poczciwości, wszystko było dobrze. Niestety Etoile chodziła zawsze ostatnia i caplowala, nie była tez zbyt urodziwa. P. Gogolewski zapragnął jeździć na Biutce, folblutce wielkiej urody, ale jak to folblut czasami narwanej. Jeździłam wiec z nim jak z jajem, parę razy się udało, aż pewnego razu oglądam się - jedziemy stępem - a tu jeździec majestatycznie zsuwa się z kobyły, czule ją obejmując za szyję. Biutka nawet stanęła z wrażenia. Myślę sobie: nic mu się nie stało, niech wsiada i jedziemy dalej. Niestety, aktor co prawda wstał o własnych siłach, ale okazało się, że ma podarty rękaw koszuli i w ogóle odmówił wejścia na konia, teraz i w przyszłości. Ja jeszcze przez dwa lata wysłuchiwałam, jakiego dobrego klienta stajnia straciła przez moją głupotę, brak szacunku dla sceny polskiej itd... Podpadłam jeszcze raz i tu już absolutnie nie czuję się winna: w przerwach między jazdami paśliśmy konie w parku, trzymając je za wodze. Trzeba było bardzo uważać, żeby nie przydeptały wodzy, bo to groziło niechybnym urwaniem policzka od tręzelki. No, i któryś koń urwał, mnie co prawda przy tym nie było, ale ja się ostałam winna. Od tej pory byłam obwiniana za każdy urwany rzemyk. Strasznie mnie to złościło, ale ja sama okiem bazyliszka patrzę na zwisające wodze i wydzieram się: koniec wodzy, bo koń nogę włoży!
Zgodnie z moim planem poszłam na studia zootechniczne, ale nie udało mi się dostać na specjalizacje magisterska z hodowli koni. Za to wylądowałam w owcach, gdzie była przesympatyczna kadra. Być może miało tak być, bo potem prof. Adam Skoczylas szalenie mi pomógł. Być może właśnie przez te owce jestem tutaj i są "Żabie Błota"? Czasami zastanawiam się, czy w ogóle są przypadki w życiu, czy może to, co nam się wydaje przypadkiem jest zaplanowane? Czy wybierając różne drogi nie dojdziemy do tego samego punktu? Jaki wpływ my sami mamy na swoje decyzje?
Miałam wypadek, nagle znalazłam się kilka pięter niżej, dość skutecznie połamana. Po 10 tygodniach leżenia na plecach udało mi się wyjść ze szpitala na własnych nogach. Miednica mi się zrosła w miarę równo, natomiast prawa ręka, którą nikt się na początku nie przejmował, zrosła się bardzo szybko i tak jak sama chciała, i nie bardzo można ją już było wyprostować. Dostałam skierowanie do STOCERu w Konstancinie, żeby rehabilitować tę rękę. Nie chciałam iść do żadnego szpitala, miałam na całe życie dość leżenia i prawie bym się nie dala namówić, gdyby mi nie powiedziano, ze tam jest koń i może będę mogła jeździć! Właściwie to zaczęłam chodzić też na złość i przekór wszystkim, bo na moje pytanie: kiedy będę mogła jeździć? Dostawałam bardzo oględne i wymijające odpowiedzi - no, rok na wózku, potem rok o kulach, a potem się zobaczy... O, niedoczekanie wasze, albo będę chodzić, albo..., albo co? No, to trzeba chodzić. Zaczęłam, ale strasznie to było kiepskie chodzenie. Poza tym się bałam. Bałam się chodzić, bałam się jeździć samochodem, bałam się panicznie, że znowu coś mi się złamie, że będzie wypadek, znowu wyląduje na plecach, kompletnie bezradna.
W Konstancinie okazało się, ze koń co prawda jest, ale mój przypadek nie kwalifikuje się do hipoterapii, poza tym pani, która zajmuje się koniem jest chora.... Zaczęłam działać na własna rękę. Po pierwsze zlokalizowałam konia. Miał stajnie na końcu szpitalnej chlewni i mało go było widać przez mętną szybkę, ale był. Potem dotarłam do opiekunki, p. Urszuli Wirskiej (jako Zula Szweicerówna jeździła na torze). Stanęłam przy łóżku i wyłuszczyłam prośbę, że chce do konia, że chcę jeździć. Na początku nie było mowy o jeździe, ale zapytała mnie, gdzie dotąd jeździłam? Różnie - mówię, - ale zaczynałam u Jacobsona. - P. Wirska rozpromieniła się - ja jeździłam u niego w ZOO, tu masz klucz, możesz jeździć!
Dzięki Panu Bogu, lekarze mają tak wąskie specjalizacje, że nie wie lewica.... Poszłam do lekarza prowadzącego z pytaniem, czy mogę jeździć? A on był "od ręki" i nie miał pojęcia, że miałam połamaną miednicę. Zgodził się, ale zastrzegł, że lepiej żebym nie spadła, bo jeszcze sobie coś złamię. Placyk do jazdy konnej był w parku akurat pod oknami pokoju lekarskiego.
Koń okazał się gniadym arabem o imieniu Kosmos. Był mały, ale ja i tak nie mogłam wsiąść. W końcu wdrapałam się na wóz, z wozu na koło, z koła na siodło. Uff!! Pojechałam stępa do parku. Bałam się. Zaczęłam kłusować po kole i bałam się tak potwornie, że nie byłam w stanie myśleć o niczym, tylko, że zaraz spadnę i się połamię... Ze strachu zwinęłam się w kłębek, kolana pod broda. Kosmos zagalopował i wbiegł między dwie wysokie sosny. On się zmieścił, ja zostałam. Kiedy spadałam, już się nie bałam, myślałam tylko: o Boże, lekarze to widzą, nie dadzą mi więcej jeździć! Żeby tylko nie zobaczyli! Nie wiem, jakim cudem złapałam Kosmosa, podprowadziłam do ławki i wsiadłam. Dopiero jak już usiadłam w siodle przyszła refleksja: jak to, spadłam i jestem cała? No, to teraz koniu zobaczysz! I PRZESTAŁAM SIĘ BAĆ!
Gdyby nie Kosmos i moja przemożna chęć znalezienia się znowu na końskim grzbiecie, to nie wiem jak długo wracałabym do normalności, jak długo walczyłabym z paraliżującym lękiem na widok nadjeżdżającego samochodu, skoro dopiero od kilku lat odważam się wejść na krzesło, żeby wkręcić żarówkę? Parę lat temu wywróciłam się z moją klaczą, pokiereszowałam sobie twarz, mam blizny. Sama się dziwie, ze w ogóle nie zrobiło to na mnie wrażenia. Co innego stanąć na krześle, a nuż się gibnie?
Gwałtowna poprawa mojego zdrowia po jeździe na Kosmosie zrobiła takie wrażenie na mojej Mamie, ze zgodziła się na kupno konia. Liczyłam, ze odszkodowanie za wypadek wystarczy mi na zakup zupełnie niezłego konia. Okazało się, ze utraty zdrowia to miałam całkiem sporo - 35%, ale ubezpieczenie studenckie. Starczyło na remont siodła. W końcu Mama dała mi pieniądze, ale nie było tego dużo. Poprosiłam znajomych, mieszkających na południe od Tarnowa, żeby mi znaleźli jakiegoś niedrogiego konia. Znaleźli; wynajęłam samochód i pojechałam. Było już ciemno jak dotarłam na miejsce. Dech mi zaparło, gdy w świetle stajennej latarni zobaczyłam stojące w sadzie potwornie chude, oblepione błotem zwierzę. Spanikowałam. Jak tu się wycofać? Za samochód i tak muszę zapłacić. Jak ja go pokażę Mamie, jak wytłumaczę, że to będzie KOŃ? Siedem kilometrów prowadziłam go do czekającego samochodu. Szedł jakby wiedział gdzie idzie i, że jest mój.
Zatrzymałam się na dwa dni w KJ Hubert nad jeziorkiem Czerniakowskim; mężnie znosiłam wszelkie uwagi na temat wyrzuconych pieniędzy. Konia ochrzciłam Gnat. Nic innego nie pasowało. Nawet po wyczyszczeniu wyglądał jak kupa kości owinięta w dziurawą skórę. Sierść miał krótką a na szyi i łopatkach masę małych łysych placków wielkości złotówki. Za to ogon do ziemi.
Zapakowałam go do kolejnej ciężarówki, dojechałam prawie do Szczecinka i dalej poprowadziłam go, prawie 60 km, nocując po drodze, do Łęg. Gospodarstwo w Łęgach było częścią KPGR w Redle i trafiłam tam pół roku wcześniej zbierając materiały do pracy magisterskiej. Szalenie mi się tam spodobało, codziennie z Łęg jeździłam konno do odległej o kilka kilometrów owczarni w Dąbrowie, gdzie mierzyłam i ważyłam jagnięta z przeróżnych krzyżówek międzyrasowych. Teraz latem miałam kontynuować pomiary.
Widok mojego chudego konia, zwłaszcza na tle wypasionych koni do bryczki, był źródłem przeróżnych docinków i złośliwości. Co i raz ktoś przynosił mi cennik skupu koni, gdzie była pozycja "chudzce i braki na pokarm dla zwierząt" i doradzał szybko sprzedać, nim padnie. Gnat tymczasem stal w najciemniejszym końcu stajni, żarł owies, miał świetny humor, zaczął się nawet płoszyć na spacerach, ale się nic nie poprawiał. Gdzieś po sześciu tygodniach, rano przyszłam do stajni i zobaczyłam, ze mój koń jest cały w różowe cętki. Okazało się, ze w tych łysych miejscach złuszczył się czarny naskórek i jest nowy, różowy. Jednocześnie przy czyszczeniu zaczęła mu wypadać czarna, krótka sierść. Po tygodniu miał już piękne nowe futerko i zaczął wręcz puchnąc w oczach. W końcu po dwóch miesiącach od kupna miałam lśniącego, gniadego konia, tryskającego werwą i humorem. Co poniektórym miny zrzedły.
Na zimę zabrałam Gnata do Warszawy, żeby go utrzymać robiłam jakieś metalowe łańcuszki do Cepelii, potem przez kilkanaście lat czułam je w nadgarstku. A latem osiodłałam konia, stroczylam juki, gwizdnęłam na psa i razem ruszyliśmy, już na stale w koszalińskie. Cala droga zajęła 12 dni, z tego 3 dni odpoczynku. Na początku myślałam, że znajdę jakieś polne drogi, ale okazało się, że najprościej jechać skrajem szosy, bo gruntowych dróg już właściwie nie było.
Nocleg wypadał mi w różnych miejscach, w zasadzie nieprzewidzianych. Pomyślałam tylko o Kampinosie, PSO Łąck i IZ Kołuda Wielka i tak jechałam, żeby do nich trafić, ale nikt tam się mnie nie spodziewał. Gnat doszedł w dobrej formie, podkowy zgubił dopiero w Łęgach. W najlepszej formie był pies, chociaż przebiegł dystans wielokrotnie większy.
W KPGR Redło, zamiast obiecanej pracy przy koniach, których po prostu nie było dostatecznie dużo, czekały mnie owce, krowy, bukaty. Bardzo chciałam pojechać razem z koniem w Bieszczady, ale urlop w lecie był utopią W końcu zdecydowałam się poszukać pracy na południu Polski i przy okazji konno pozwiedzać pogórze. Nic z tego nie wyszło, bo zupełnie niespodziewanie wyszłam za mąż i kupiliśmy gospodarstwo pod Połczynem, obecne Żabie Błota.
Przez pierwsze 10 lat hodowaliśmy owce a kilka koni stale stanowiło punkt zapalny miedzy mną a mężem. Piętnaście lat temu wyjechałam do USA i mój pobyt tam przeciągnął się do roku. Mając dużo czasu zaczęłam czytać różne książki o koniach. Kupiłam sobie kilka różnych wydań "Black Beauty", maszynę do pisania i zaczęłam tłumaczyć na polski. Niestety nie zdążyłam skończyć przed powrotem do Polski. Tłumacząc tę książkę myślałam o przedmowie, jaką powinnam napisać. Myślałam, ze chciałabym tłumaczyć dla dzieci książki o zwierzętach, ukazać im, że miara człowieczeństwa też jest nasz stosunek do zwierząt, że człowiek przypisując sobie panowanie w przyrodzie, jak każdy władca ma nie tylko prawa, ale przede wszystkim obowiązki. Skoro udomowiliśmy wiele gatunków zwierząt, zmieniliśmy je tak, że nie potrafią już żyć same, wykorzystujemy je na wiele sposobów - to również musimy się o nie zatroszczyć, gdy nie są już dla nas przydatne. Nie jestem za tym, żeby utrzymywać przy życiu wszystkie stare zwierzęta, tego nie wytrzymałaby żadna gospodarka, a i w warunkach naturalnych chyba tylko niedźwiedzie i słonie umierają ze starości, inne giną gwałtowna śmiercią, stanowiąc pokarm dla innego życia, gdy są tylko nieco słabsze.
Sądzę, że konie, tak jak i psy, są traktowane bardziej indywidualnie niż inne zwierzęta gospodarskie. Człowiek, wymagając od nich większego zrozumienia swoich intencji, musi z nimi nawiązać bliższy kontakt i tym samym jeszcze bardziej je od siebie uzależnia.
Dla mnie, niejako siłą rzeczy, konie i psy są najbliższe, choć nie mogę powiedzieć, że nie nawiązałam przyjaznych stosunków z co poniektórymi krowami.
Dziesięć lat temu mój maż zajął się produkcją zupełnie z rolnictwem nie związaną, ale zawodowo mu bliższą. Zostałam sama na gospodarstwie z kilkudziesięcioma sztukami bydła i dwoma końmi. Dzieci chodziły do szkoły w dużych miastach, daleko od domu.
Kiedy się rozwiodłam i uporządkowałam z grubsza sprawy majątkowe mogłam sama decydować ile i jakie zwierzęta chcę. I tak ilość koni powoli rosła a krów malała. Zaczęło się od konia mojej siostrzenicy, która doszła do jakże słusznego wniosku, że lepiej puścić konia ciotce na pastwisko i jeździć na nim do woli kilka razy w roku niż trzymać go w boksie pod Warszawa i nie mieć dla niego w ogóle czasu. Potem kupiłam za rzeźną cenę 4-letnią klacz, która z niewiadomych przyczyn kulała. Właściwie to zrobiłam to, dlatego, że nie zgadzałam się z oficjalną diagnozą i trochę chciałam udowodnić, że ja też coś wiem. Po pól roku sprawa się wyjaśniła po mojej myśli a klacz do dzisiaj w dobrym zdrowiu chodzi pod siodłem i rodzi źrebaki. Następna była wspaniała, ukochana Sabaudia (po Saraganie). To właśnie ta 20-letnia wtedy folblutka zapoczątkowała idee schroniska-przytuliska-hospicjum-domu konia weterana - dla koni już niepotrzebnych właścicielom. W stajni, w której była, nie nadawała się już do niczego, nawet nie można jej było oprowadzać pod małymi dziećmi. Kaszlała i słaniała się na nogach. Ja też myślałam, że zaraz padnie i nie o wiele przedłużę jej życie. Tymczasem klacz przeżyła druga młodość. Zapomniała o kaszlu, dzieci jeździły na niej w teren. Odeszła nagle tej wiosny mając 26 lat, do końca ciesząc się zdrowiem i doskonałym apetytem. Mówiłam o niej "Lady", bo miała niezwykle arystokratyczne maniery i czasami przypominała dobrze wychowana księżniczkę, którą okrutne życie rzuciło pomiędzy nieumiejący się zachować motłoch. Jestem bardzo wdzięczna jej poprzedniemu właścicielowi, że przysłał ją do mnie zamiast uśpić, czy sprzedać na rzeź. Darował jej sześć dobrych lat. Nie wszystkie konie u mnie dożywają wieku Sabaudii, ale są też takie, które żyją dużo dłużej.
Mam takie wrażenie, że konie, które całe życie pracowały z ludźmi i były przez nich dobrze traktowane, nie chcą na starość czuć się niepotrzebne. Tak jak starzy ludzie, których świadomość, że są przydatni, utrzymuje w zdrowiu. Akurat cztery lata temu do Żabich Błot przybył Prezes. Prezesa znali chyba wszyscy jeźdźcy w Szczecinie a o jego pomysłach i wyczynach krążą legendy. Ja dołożę jeszcze jedną historię - absolutnie prawdziwą. Na początku Prezes kulał, mniej, bardziej, ale kulał. Stopniowo kulawizna zaczęła mu przechodzić i pewna mała dziewczynka zaczęła na nim jeździć w teren. Ale zaczęli też i inni, z czego Prezes nie był zbyt zadowolony, więc widząc osobę idącą z kantarem po pastwisku na wszelki wypadek zaczynał utykać, słusznie licząc, że dadzą mu spokój. Ponieważ już się połapałam w jego gierkach a właśnie miała przyjechać jego ulubiona amazonka, złapałam go i sprowadzałam z pastwiska. Oczywiście kuśtykał a czynił to tak przekonywująco, że zaczęłam się na serio zastanawiać, czy aby na pewno coś mu nie dolega. I tak ciągnęłam opierającego się konia aż podjechał samochód, wyskoczyła z niego mała dziewczynka i zaczęła biec w stronę Prezesa. A on, co na to? Wzrok mu pojaśniał, w jednym momencie zapomniał o kulawiźnie i sam żwawo ruszył w jej stronę! Teraz od dwóch lat ma swoje małe stadko klaczy i młodzieży pod opieką i w ogóle nie pamięta, że można kuleć. Za to jak mu zabrać którąś z klaczy to jest gotów za nią przeskoczyć wszystkie ploty.
Teraz, w maju, kiedy jeszcze źrebią się klacze, często przed świtem obchodzę pastwiska. W takie pogodne noce, przed wschodem słońca, wszystko jest szare; leżące konie zlewają się z trawą, krzaki i drzewa też są nierzeczywiste, szare i nieruchome. Nad wodą i w kotlinkach unosi się delikatna mgła. Powoli niebo rozjaśnia się i wszystko nabiera kolorów, trawa jest równym, zielonym kobiercem, wszystko odzyskuje swoje kształty i barwy a kiedy słońce podniesie się wyżej, mgła znika i po chwili nagle, zupełnie niespodziewanie, na tle zielonej trawy pojawia się nieprzebrana ilość, maleńkich, złotych słońc. Mam wtedy wielka ochotę położyć się koło moich koni i leżeć tak, patrząc w niebo.
Chyba to jest właśnie takie pastwisko, o jakim śnił stary koń z angielskiej książki i o jakim śnią wszystkie inne spracowane konie na całym świecie. Cieszę się, że chociaż kilku z nich mogę je dać.

*Anna Sewell "Black Beauty", tłum. Ewa K. Giebułtowicz


Kontakt

e-mail: zabieblota@wp.pl
skype: zabieblota
GG:
7907485